Flamengo o krok od katastrofy. Faworyt musi potwierdzić swoją przewagę na boisku

Rozmiar tekstu: A A A

Flamengo jest w półfinale Copa Libertadores, ale tym razem na oklaski trzeba będzie poczekać. Przede wszystkim dlatego, że Rubro-Negro byli o krok od katastrofy na Maracanie. Remis 1:1 z Independiente del Valle zapewnił podopiecznym trenera Leonardo Jardima awans, ale stało się to w meczu, w którym drużyna sprawiała wrażenie, jakby zlekceważyła stojące przed nią wyzwanie. I zrobiła naprawdę wiele, by skomplikować sobie sytuację.

Jeśli chcesz wspierać naszą pracę, rozważ wpłatę na platformie BuyCoffee! Twoje wsparcie pomoże nam rozwijać się, dostarczać lepsze treści i angażować się w nowe projekty. Każda wpłata, nawet najmniejsza, ma ogromne znaczenie i jest bardzo doceniana. Dziękuję za Twoje wsparcie!

Po zwycięstwie 2:0 na wysokości Quito łatwo było uwierzyć, że Independiente del Valle będzie w Rio de Janeiro łatwym przeciwnikiem. To był poważny błąd, który doprowadził Flamengo do sytuacji, jakiej trudno było się spodziewać. Gospodarze przegrywali 0:1, grali w osłabieniu po czerwonej kartce dla Jorginho, a dodatkowo nerwowo oczekiwali na decyzję VAR w sprawie spalonego przy drugim golu ekwadorskiej drużyny. Gdyby nie fatalny błąd Aldaira Quintany przy bramce Giorgiana de Arrascaety, końcówka spotkania na Maracanie mogła być dla Flamengo prawdziwą walką o przetrwanie.

Awans wysłał jasny sygnał: Copa Libertadores nie wybacza lekceważenia przeciwnika, a dwumeczów nie rozstrzyga się przed ostatnim gwizdkiem. Flamengo awansowało, ponieważ rzeczywiście jest jednym z najlepszych zespołów na kontynencie i potrafiło rozegrać znakomity mecz w Quito. Gdyby jednak liczyła się wyłącznie postawa zaprezentowana na Maracanie, Estudiantes mógłby mieć w półfinale zupełnie innego rywala. To lekcja, którą po spotkaniu podkreślał również Leonardo Jardim.

— Grupa zasługuje na gratulacje, ale musimy zwrócić uwagę na to, że jesteśmy faworytem tylko na boisku, a nie poza nim — powiedział Leonardo Jardim.

Co sprawiło jednak, że Flamengo przeżyło tak nietypowy wieczór? Na słaby występ złożyło się kilka czynników, a problemy były widoczne praktycznie w każdym aspekcie gry. Pod względem technicznym na czele zawodników rozczarowujących znaleźli się Ayrton Lucas, Erick Pulgar, Jorge Carrascal i Lucas Paquetá, którzy dołożyli swoją cegiełkę do poniżej oczekiwań prezentującego się zespołu. Taktycznie szybki gol pomógł Independiente del Valle realizować plan oparty na kontratakach, a Ekwadorczycy zyskali również przewagę mentalną, zamieniając Maracanę w prawdziwy kocioł. W przerwie piłkarze Rubro-Negro zostali wygwizdani przez własnych kibiców.

Najgorsze wrażenie pozostawiło jednak poczucie, że Flamengo zlekceważyło zagrożenie. Zaliczka wypracowana w Quito była komfortowa, ale najwyraźniej sprawiła, że szczególnie w pierwszej połowie zespół podszedł do meczu z pewnym brakiem zaangażowania. Co ciekawe, sytuacja zmieniła się dopiero po czerwonej kartce dla Jorginho. Wtedy kibice zrozumieli, jak poważne niebezpieczeństwo zawisło nad ich drużyną. Gwizdy zamieniły się w doping, a chaos na boisku zjednoczył trybuny.

Czerwona kartka Jorginho zasługuje zresztą na szerszą dyskusję. Można zastanawiać się, czy pomocnik rzeczywiście zasłużył na drugą żółtą kartkę, ale zawodnik z jego doświadczeniem nie powinien dawać sędziemu powodów do takiej interpretacji. Erick Pulgar również był o krok od wyrzucenia z boiska. Zachowanie zimnej głowy będzie niezwykle ważne w półfinale przeciwko Estudiantes.

Na plus trzeba natomiast zapisać postawę Flamengo w defensywie. Jeśli wcześniej największym zarzutem wobec zespołu był brak koncentracji, to w końcowych minutach zobaczyliśmy drużynę, która pokazała charakter i potrafiła wytrzymać presję ze strony Ekwadorczyków. Najlepszym momentem Rubro-Negro na Maracanie nie był wcale kuriozalny gol Giorgiana de Arrascaety, lecz wysiłek taktyczny całego zespołu, który mimo gry w osłabieniu zdołał wyrównać rywalizację na boisku.

Sam gol rzeczywiście był kuriozalny. Niezobowiązujące wybicie piłki przez Agustína Rossiego z drugiego końca boiska poszybowało wysoko, Aldaira Quintanę zaskoczyło jej odbicie od murawy, a futbolówka trafiła na głowę Giorgiana de Arrascaety, który po raz kolejny rozstrzygnął losy spotkania. Urugwajczyk pojawił się na boisku w miejsce Lucasa Paquety i ponownie okazał się kluczowy, zapewniając Flamengo awans do półfinału. W pewnym sensie było to symboliczne.

Awans przyszedł w znacznie większych bólach, niż powinien, ale ostatecznie przypadł drużynie, która w swoim najtrudniejszym momencie pokazała charakter i zrobiła wystarczająco dużo, by zdobyć upragnioną przepustkę do kolejnej rundy.

Do realizacji marzenia o piątym triumfie w Copa Libertadores pozostały trzy mecze. Oby Flamengo ponownie pokazało przez 90 minut poziom zaprezentowany w Ekwadorze, a 90 minut z Maracany jak najszybciej poszło w zapomnienie.

iconautor: Anusz

icon 18.09.2026

icon09:41

iconźródło: globoesporte.com

iconfoto: X Flamengo











Tylko zalogowani użytkownicy mogą pisać komentarze














Brak komentarzy