Flamengo przytłacza Cruzeiro w pierwszej połowie, rozprawia się z jednym z faworytów i zmierza po piąty tytuł
Najbardziej wyczekiwany dwumecz 1/8 finału Copa Libertadores sprostał oczekiwaniom. Na Mineirão i Maracanie zobaczyliśmy dwa świetne spotkania, a o awansie zdecydowała minimalna różnica w dwumeczu 3:2. Mimo wyrównanej rywalizacji nie ulega jednak wątpliwości, że w przekroju obu meczów Flamengo było lepszym zespołem niż Cruzeiro i w pełni zasłużenie awansowało. Zwycięstwo 2:1 wyeliminowało jednego z faworytów, a marzenie o piątym triumfie w najważniejszych klubowych rozgrywkach na kontynencie wciąż pozostaje żywe dla aktualnego mistrza i jednego z głównych kandydatów do tytułu.
Jeśli chcesz wspierać naszą pracę, rozważ wpłatę na platformie BuyCoffee! Twoje wsparcie pomoże nam rozwijać się, dostarczać lepsze treści i angażować się w nowe projekty. Każda wpłata, nawet najmniejsza, ma ogromne znaczenie i jest bardzo doceniana. Dziękuję za Twoje wsparcie!
Można powiedzieć, że trzy z czterech połów były wyrównane i obie drużyny miały w nich swoje okazje. Jednak w tej jednej połowie, która dopełnia całego obrazu rywalizacji, Flamengo całkowicie zdominowało Cruzeiro. W pierwszych 45 minutach na Maracanie gospodarze osiągnęli niesamowite 70 procent posiadania piłki, oddali cztery razy więcej strzałów od rywala (12:3), stworzyli trzy stuprocentowe okazje i ani razu nie pozwolili przeciwnikowi poważnie zagrozić swojej bramce. Zresztą trudno było oczekiwać czegoś innego, skoro zespół Artura Jorge praktycznie nie był w stanie złapać oddechu. Mimo że Rubro-Negro prowadzili tylko 1:0, był to najlepszy pierwszy kwadrans... właściwie najlepsza pierwsza połowa w erze Leonardo Jardima, jeśli weźmiemy pod uwagę klasę przeciwnika i wagę spotkania.
Idealnie nie było tylko dlatego, że Flamengo zawodziło przy wykończeniu akcji. Przy tak kreatywnym zespole mogło rozstrzygnąć losy meczu jeszcze przed przerwą. W tak ważnych spotkaniach nie można pozwalać sobie na marnowanie tylu okazji. Wystarczy wspomnieć główkę niepilnowanego Léo Ortiza, który w siódmej minucie uderzył obok bramki, czy strzał Pedro z bliska w 12. minucie, który obronił Otávio. W drugiej połowie Lucas Paquetá dwukrotnie oddawał zbyt słabe strzały w polu karnym w 64. i 89. minucie, a w 84. minucie Evertton Araújo uderzył prosto w środek bramki.
Leonardo Jardim nie był uparty i słusznie ponownie postawił na Pedro w „podstawowym składzie na Copa Libertadores”, był to dopiero drugi mecz w tej edycji, który napastnik rozpoczął w wyjściowej jedenastce. Charakterystyka spotkania idealnie pasowała do jego profilu. Pedro zrobił jednak znacznie więcej i pokazał portugalskiemu trenerowi, dlaczego nie powinien być rezerwowym. Wraz z Samuelem Lino oddał najwięcej strzałów, po pięć, z czego dwa były naprawdę groźne, a jego ruch bez piłki stał na bardzo wysokim poziomie. Często opuszczał pole karne, by pełnić rolę zawodnika zgrywającego piłkę, i właśnie w ten sposób przyczynił się do powstania obu bramek, notując świetne asysty przy trafieniach Giorgiana de Arrascaety i Samuela Lino.
Flamengo wygrało jednak ten dwumecz przede wszystkim w środku pola. To, jak zagrali dwaj defensywni pomocnicy zespołu, robi ogromne wrażenie. Erick Pulgar był prawdziwym lwem, niezmordowany, waleczny jak zawsze i wyraźnie znajdujący się w coraz lepszej formie. Ktoś pamięta, kiedy ostatnio dostał kartkę? A co powiedzieć o Jorginho? Nigdy nie należy wątpić w byłego zawodnika z Top 3 na świecie! Po prostu zdominował środek pola, wybił piłkę z linii bramkowej, stworzył kilka dobrych okazji i świetnie organizował grę zespołu. Po wznowieniu gry po przerwie na nawodnienie sam pokazał Giorgianowi de Arrascaecie, jak ma wyglądać akcja zakończona golem, wykonując dokładnie gesty odpowiadające poszczególnym elementom zagrania. Takiego występu Jorginho bardzo potrzebował w drugiej części sezonu.
Do tego wszystkiego doszła niesamowita atmosfera na Maracanie. Na stadionie padł rekord frekwencji w Brazylii w 2026 roku, spotkanie obejrzało 72 481 widzów. Tym razem kibice byli wyjątkowo zjednoczeni i wspólnie nieśli drużynę, także w trudnych momentach na początku drugiej połowy, gdy Cruzeiro zdobyło bramkę i przez około 15 minut było lepszym zespołem. Świetnie było również zobaczyć powrót tradycyjnych opraw na trybunach. Wizerunek urubu trzymającego trofeum Libertadores od samego początku rozpalił kibiców Flamengo.
Flamengo czeka teraz na rozstrzygnięcie rywalizacji Independiente del Valle z Deportes Tolima. W pierwszym meczu w Kolumbii ekwadorski zespół wygrał 1:0 i jest blisko awansu, a rewanż rozegra u siebie. Teraz jednak uwaga Rubro-Negro ponownie skupia się na Campeonato Brasileiro i pogoni za liderującym Palmeiras. Już w nocy z soboty na niedzielę zespół Leonardo Jardima ponownie zmierzy się z Cruzeiro, tym razem na Mineirão. Drużyna wróci do treningów w czwartek rano w Ninho do Urubu.