Połączenie z kibicami na Maracanã przybliża Flamengo do wersji Jorge Jesusa
Nie można cofnąć się w czasie, aby wiedzieć, co by się stało z Flamengo, gdyby Jorge Jesus został, ale także, czy Rogério Ceni miałby lepsze wyniki na stadionie Maracanã z kibicami. Sukces niezapomnianego składu z 2019 roku jest wynikiem pracy i doboru gwiazd na odpowiednie miejsca, ale passa zwycięstw wytworzyła symbiozę między drużyną, a jej kibicami, jakiej nie widziano w brazylijskim futbolu od lat 90. XX wieku.
Wówczas Maracanã była największym widowiskiem na Ziemi. Flamengo miał średnią frekwencję wynoszącą 52 tys. widzów, a jego nazwa pojawiła się w jedenastu meczach z największą liczbą fanów - tylko jeden z nich pod dowództwem Vasco w Brasílii.
To nie przypadek, że Flamengo miał przytłaczający występ z Barceloną de Guayaquil, zwłaszcza w pierwszej połowie - końcowy wynik nie odzwierciedla przewagi.
Nie było 70 tys. rubro-negros, jak w półfinale przeciwko Grêmio, ale Maracanã powraca z ponad 30 tys. krzyczących widzów: "Och, mój Mengão, kocham Cię...", wywołując dreszcze nawet u tych, którzy oglądali w telewizji.
Trzeba sobie wyobrazić jakie wrażenie robiło to na boisku.
Widzowie muszą wracać z rozwagą, ostrożnością, maskami i w rozgrywkach, w których regulamin na to pozwala - takich jak Libertadores. Wszystko to podkreślone, Maracanã z kibicami przypomina nam, dlaczego kochamy piłkę nożną.